Off-road na górę Donas, czyli o tym, jak marynarka dostała się na wysokość 205,7 m n.p.m. :)

Tytuł dziś nietypowy, bo z pozoru mało szyciowy. Niech Was jednak nie zmyli tytułowy off-road! Będzie o szyciu, a dokładniej o marynarce, która zainspirowała (?) mnie i mojego Męża do podróży planowanej już od jakiegoś czasu. Podróży niedalekiej, ale pełnej wrażeń. Ale o tym za chwilę… 🙂

 

Moją „opowieść” zacznę najlepiej od samego początku (ma to chyba jakiś sens, prawda?:)) Otóż… Wspomniana wczesniej marynarka była chyba pierwszą rzeczą, której wcale nie planowałam szyć, czyli kupując materiał nie myślałam po prostu o żadnym konkretnym jego przeznaczeniu. Podczas zakupów w mojej ulubionej hurtowni (zgaduj zgadula, gdzie?:)) wpadł mi po prostu w oko ciekawy print na dresówce z pętelką. W zasadzie nie planowałam go nawet kupować, bo nie byłam pewna, czy coś z tego sklecę. Kolejna sukienka? Eeee… Trochę mi się zaczynały w tamtym czasie już przejadać – miałam ochotę na nowe wyzwanie. Kupiłam więc spontanicznie 1,5 metra rzeczonej dresówki i razem z innymi zdobyczami zabrałam ją do domu, gdzie swoje odleżała w pudle z materiałami do wykorzystania w bliżej nieokreślonej przyszłości…
Zanim zabrałam się za uszycie prezentowanej dziś przeze mnie marynarki, spod stopki mojej maszyny wyszła chyba jakaś sukienka, może coś jeszcze… Już nie pamiętam. 🙂 A dresówka sobie „dojrzewała”. I doczekała się! Przeglądając po raz kolejny mój szalony (składający się wówczas z 2 egzemplarzy gazet :)) zbiór wykrojów, wpadła mi w oko marynarka przedstawiona na okładce magazynu „Diana Moda” 1/2015:
Zastanawiałam się nad zabraniem się za nią jakiś czas, ale w końcu decyzja zapadła – próbuję! 🙂 Rzut oka na fason, który na modelce prezentuje się następująco:
…i na opis szycia:
…to wszystko tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że chcę tę marynarkę mieć! 🙂
Pracę podzieliłam sobie na dwa dni – pierwszego dnia odrysowałam dokładnie krawędzie i oznaczenia wykroju, kolejny poświęciłam na krojenie materiału i szycie. Muszę przyznać, że praca była bardzo przyjemna. Oczywiście, nie wszystko było dla mnie łatwe, ponieważ byłam wtedy jeszcze większym żółtodziobem niż aktualnie. 🙂 Udało się jednak, więc mogę chyba stwierdzić, że nie jest to model trudny. Dodatkowo opisy szycia są bardzo jasne i niepozostawiające większych wątpliwości, co na pewno jest ogromnym plusem dla osób, które niekoniecznie operują płynnie terminologią krawiecką. 🙂
Do uszycia marynarki, poza dzianiną dresową, wykorzystałam:
     – ołówek i pisak do tkanin (odrysowywanie wykroju na papierze oraz przeniesienie oznaczeń na materiał)
     – nożyczki krawieckie
     – centymetr krawiecki
     – nici (Gutermann)
    – szpilki i przyrząd do prucia
     – stopkę do ściegu prostego oraz owerlokowego
Przechodząc do prezentacji efektu końcowego…
Marynarka, przy przednich brzegach, posiada ostębnowaną linię prowadzoną równolegle do krawędzi. Spełnia ona funkcję zarówno ozdobną jak i podtrzymującą zagięte odszycie:

 

 

Rękaw jest wszyty tradycyjnie (zrozumiałam nareszcie, po co są te wszystkie kreski i numerki na wykroju – bez nich ani rusz! :)):
Rąbek oraz rękaw wykończyłam w najprostszy możliwy sposób, czyli przez podłożenie zapasu na wewnętrzną stronę i przymocowanie go ściegiem prostym:
Całość prezentuje się następująco:

 

 

 

 

 

 

 

 

Od momentu ukończenia marynarki do czasu poddania jej wnikliwemu oku aparatu minęło ok. półtorej miesiąca, więc mogę stwierdzić z pełną odpowiedzialnością, że uszyłam ją na tyle solidnie, że żadna nitka nie śmiała zmienić swojego położenia. 🙂 Być może skorzystam jeszcze kiedyś z tego wykroju, ponieważ fason jest naprawdę fajny, a przy zastosowaniu innej tkaniny da na pewno zupełnie inny efekt. Jeżeli tak by się stało (tzn. skorzystałabym z tego wykroju ponownie) użyłabym jednak do usztywnienia przodu lekkiej flizeliny, która w oryginale nie jest uwzględniona, a mogłaby chyba ładnie „zapanować” nad brzegami marynarki. Przy dresówce oczywiście nie jest to konieczne, ponieważ w tej lejącej się strukturze delikatne opadanie przodu dodaje (moim zdaniem) całości bardziej „wyluzowany” wygląd. I o to chodziło. 🙂
Na sam koniec krótka wzmianka o off-roadzie, który przywołałam w tytule tego posta. Na powyższym zdjęciu oprócz mnie, rozczochranej pierwszomajowym podmuchem wiatru, dostrzec można fragment naszego samochodu. Czy komuś kojarzy się on z samochodem terenowym? Bynajmniej… To znaczy, dla mnie i mojego Męża (blogowego fotografa) już zdecydowanie takim jest! 🙂 Otóż, drodzy moi, wspięliśmy się ostatnio na szczyt lenistwa, wjeżdżając na wspomnianą górę Donas właśnie tym oto środkiem lokomocji. Pan, którego spotkaliśmy po drodze, spytany o kierunek, w którym mamy się udać prawie wybuchnął nam śmiechem w twarz mówiąc, że „tam się idzie, a nie jedzie”. No tak – miał rację. 🙂 Droga (tu już powrotna) do samochodów nie-terenowych nie jest raczej przystosowana:
Było mi tak strasznie wstyd, że ja – osoba, która zawsze podśmiewała się z parkowania za wszelką cenę kilka metrów przed wejściem do sklepu (coby się nie zmęczyć)  i podwożenia swoich czterech liter od punktu A do punktu B z maksimum 10 metrami do przejścia pieszo – wjeżdża (!!!!!) na górę samochodem. Nie ukrywałam tego ani przez chwilę przed moim upartym Mężem (i dobrze, że upartym, bo było warto!:)), ale czuję się minimalnie usprawiedliwiona – zależało mi na fajnych zdjęciach, w nowym miejscu, a z naszym Maluszkiem już chyba nie dałabym rady tam wejść. Na szczęście nikogo więcej nie spotkaliśmy, więc wstydziłam się tylko w głębi duszy. 🙂 Obiecaliśmy sobie, że jak tylko będę już na tyle na chodzie, żeby dać sobie radę z tą górą (w sumie górką dla mieszkańców południa naszego kraju) „zdobędę” ją zupełnie przyzwoicie, bez pomocy samochodu. 🙂
I to tyle. Więcej grzechów nie pamiętam. 🙂 Ostatni rzut oka na marynarkę (tak, ten post był o marynarce, a nie o „zdobywaniu” szczytów! :))….
…i kropka. Widzimy się niedługo w nowym poście! Ciekawe, czy tym razem też nas gdzieś poniesie…:)
Pozdrawiam!
Dominika
Ps. Słyszeliście może ostatnio o Panu, który próbował wjechać samochodem na Śnieżkę, żeby zrobić sobie selfie? Chyba z nami jednak nie jest tak źle… Przepisów nie złamaliśmy. Chociaż cel trochę podobny. 🙂 Do zobaczenia niedługo! 🙂